2003 – WP.PL (STEFAN OLSDAL)

6 września 2003 roku na trzy godziny przed wyjściem na scenę w jednej z sal warszawskiego „Torwaru” mieliśmy szczęście porozmawiać z STEFANEM OLSDALEM, basistą brytyjskiej formacji PLACEBO. Wysoki, szczupły, zwyczajnie ubrany był bardzo rozmowny, bezpośredni i wyczerpująco odpowiadał na nasze pytania. Wiedzieliśmy już, że nie zagrają ‚Daddy Cool’, a czego więcej się dowiedzieliśmy…?

WP. Na początek chciałabym zweryfikować kilka informacji, które znalazłam w Internecie. Chodzi o utwór ‚Bulletproof Cupid’. Podobno istnieje wersja z tekstem. Czy to prawda?
Ha ha. Być może na jakiś wczesnych taśmach, które producent nagrał nie mówiąc nam o tym, jednak z tego co ja wiem, taka wersja nie istnieje.

WP. Mnie udało się nawet znaleźć słowa do tego utworu.

Nie, nigdy nie było słów do ‚Bulletproof Cupid’. Owszem, BRIAN [MOLKO, wokalista ? przyp.aka] próbował raz, może dwa razy śpiewać do tej muzyki, ale wychodziło z tego coś w stylu JUDAS PRIEST (śmiech).

WP. A jak było z rzekomym graniem BRIANA na perkusji?
To też nie do końca prawda. Kiedy skończyliśmy poprzednią trasę, postanowiliśmy spędzić kilka miesięcy w domu, więc kupiliśmy sobie w trzech identyczne, domowe studia nagrań, a ponadto obydwaj z BRIANEM zaopatrzyliśmy się w zestawy elektronicznej perkusji. Dzięki temu, gdy mieliśmy pomysły na piosenki, mogliśmy je zarejestrować zanim przedstawiliśmy je innym członkom grupy. W ten sposób, i BRIAN, i ja, czasem nagrywaliśmy partie perkusji. BRIAN gra na bębnach na kilku wczesnych wersjach ‚English Summer Rain’, ale jeśli chodzi o perkusję ani ja, ani BRIAN nie możemy równać się ze STEVE’EM (HEWITTEM, perkusistą ? przyp.aka) (śmiech).

WP. Na ‚Black Market Music’ zaczęliście poruszać kwestie polityczne. Wygląda na to, że na ‚Sleeping With Ghosts’ porzuciliście ten temat.
Może nie do końca porzuciliśmy. Ten temat tkwi także w nowych piosenkach, jednak nie jest to polityka przez duże „P”. Nie jest to polityczna polemika, nie jest to rzucanie sloganów. Teksty traktują o ludziach, o ich emocjach i związkach, niemniej tłem tego wszystkiego jest świat w którym żyjemy. Na ‚Sleeping With Ghosts’ jest polityka, ale jest ona ukryta między wierszami.

WP. Tytułowy utwór mówi o bratnich duszach, które odnajdują się i tworzą związki w swoich kolejnych życiach. Czy tak?
Poniekąd. Ta piosenka traktuje o bratnich duszach i o wierzę w to, że można spotkać kogoś, kto jest Ci przeznaczony, kogoś z kim było się związanym w poprzednich życiach. To czy w to uwierzysz, czy nie zależy wyłącznie od ciebie. BRIAN sporo czytał na ten temat i on akurat w to wierzy. Inni sami muszą zdecydować. To jest bardzo ulotna sprawa. Tak naprawdę nie wiadomo co się dzieje z nami przed i po śmierci. Dlaczego spotykamy pewnych ludzi? Czy są oni nam przeznaczeni? Czy pisane jest nam podążać taką, a nie inną drogą i wieść życie, krocząc właśnie po niej?

WP. Czy nie uważasz, że to jest dość idealistyczne spojrzenie? W końcu ciężko jest trafić na tę właściwą osobę w jednym życiu, a co dopiero w kilku.

Absolutnie! O tym poniekąd jest cały album. O związkach, o miłości i o tym jak czysta jest ta miłość. Dlaczego ludzie są ze sobą? Czy mają dzieci ponieważ jest to jeden z powodów, aby być razem? Pobierają się, bo wierzą, że to umocni ich związek? A może są ze sobą ponieważ sex jest wspaniały, albo dlatego, że szukają zastępczego ojca, czy matki, lub przyjaciela, czy też kogoś komu można zaufać? Ciężko to stwierdzić jednoznacznie. Dlatego powinno się za wszelką cenę słuchać głosu serca. Ja wierzę w to, że trzeba zaufać instynktowi, jeśli chodzi o odnalezienie swojej drugiej połowy. Jeżeli jesteś z kimś od pewnego czasu i wciąż wzdychasz na widok tej osoby, to jest to coś, czego warto się trzymać. Jednak życie się zmienia i związki też się zmieniają. Znam ludzi, którzy byli ze sobą przez 15 lat i nagle rozstali się.

WP. ‚Sleeping With Ghosts’ jest zdecydowanie bardziej elektroniczną płytą niż ‚Black Market Music’. Niewątpliwie jest to zasługa producenta, JIMA ABBISSA.

Zawsze interesowaliśmy się różnymi muzycznymi gatunkami. Nie słuchamy tylko rocka. Ponadto każdy z nas ma inną muzyczną i kulturową przeszłość. Ja, osobiście jestem ogromnym fanem elektroniki. Lubię DEPECHE MODE, APHEX TWIN, BJORK, DJ SHADOWA, MASSIVE ATTACK czy KRAFTWERK. Kiedy dowiedzieliśmy się, że JIM ABBISS, który wyprodukował ostatni album DJ SHADOWA (‚Private Press’ ? przyp. autor), chce z nami współpracować, zgodziliśmy się. Było to tym bardziej ciekawe, że on wcześniej nie pracował z wieloma grupami rockowymi. Inaczej jest wejść do studia z zespołem, który składa się z trzech indywidualistów używających 30 gitar i 5 zestawów perkusyjnych, niż z jednym facetem, który gra na klawiszach. Wiedzieliśmy, że on będzie miał swoje pomysły, a my mieliśmy swoje, w końcu jakby mamy już na koncie trzy płyty. Uznaliśmy, że praca z producentem, który ma elektroniczną przeszłość będzie dla nas po pierwsze interesująca, po drugie bardziej ekscytująca, a ponadto będzie stanowić dla nas wyzwanie. Niemniej album wciąż brzmi jak płyta PLACEBO, nadal jest to muzyka rockowa. Zasadnicza różnica polega na tym, że jest tu więcej faktur i warstw. Owszem, jest tu sporo elektroniki, ale to dobry rockowy album, a dla nas było to niezwykłe doświadczenie.

WP. Czy na następnej płycie też pójdziecie w tym kierunku?
Nie wiadomo. Jak już wspomniałem lubimy elektronikę, ale też inne gatunki: funk, reggae, czy muzykę klasyczną, dlatego nie wiemy jaki będzie kolejny album. Nie planujemy jak będą brzmiały nasze następne krążki, że np. będzie to jak w przypadku RADIOHEAD, kiedy nagrali ‚Kid A’. Cokolwiek wyjdzie, a będzie nam się podobać, będzie to PLACEBO.

WP. Na koncertach muzyka ze ‚Sleeping With Ghosts’ brzmi znacznie ostrzej niż w studiu. Widać, że lubicie te utwory w bardziej rockowych wersjach. Czy nie jest więc tak, że to JIM ABBISS miał decydujące zdanie w kwestii ostatecznego kształtu płyty?
Nie. PLACEBO nigdy nie opuszczają studia nie będąc zadowolonymi z efektu (śmiech). Owszem, przy niektórych utworach zdarzało się, że przychodziliśmy z pewnym pomysłem, natomiast JIM proponował, żebyśmy zagrali to na zupełnie innych instrumentach i w innym tempie. Na co my: „Co????”. Czasami było ciężko, kiedy mówił, żebyśmy spróbowali niektórych rzeczy, których nie robiliśmy wcześniej. My upieraliśmy się, że i tak nie wyjdzie dobrze, a on, żebyśmy tak czy inaczej spróbowali. Tak też robiliśmy i jeśli coś nam się podobało, zostawialiśmy to, jak np. ‚I’ll Be Yours’, na który JIM miał bardzo duży wpływ. Z kolei ‚Plastiscine’ nagraliśmy chyba w pięciu wersjach, z których jedna brzmi jak BECK, inna jak THE MONKEES, a jeszcze inna jak MY BLOODY VALENTINE. To wszystko były wizje JIMA, ale jak przyszło co do czego powiedzieliśmy: „Nie. Pieprz się. Chcemy, żeby to brzmiało dokładnie tak jak wersja demo”. Krótko mówiąc decyzję o ostatecznym kształcie albumu podejmowaliśmy my. W końcu ta płyta jest dla nas bardziej osobista niż dla niego. To my jeździmy z nią po całym świecie, gramy ją na koncertach i mówimy o niej w wywiadach. To nasze dziecko, a my bardzo troszczymy się o nasze dzieci.

WP. Czy nagrywając ‚Daddy Cool’ z repertuaru BONEY M (piosnka znajduje się na stronie B singla ‚Bitter End’ ? przyp.aka), chcieliście w pewien sposób udowodnić, że nie jesteście wiecznie cierpiącymi facetami ze złamanymi sercami, tylko ludźmi, którzy lubią także dobrą zabawę?
Może nie do końca chodziło o udowadnianie, niemniej rzeczywiście niekórzy mają błędne wyobrażenie o PLACEBO. Myślą, że zawsze ubieramy się na czarno i mówimy o Szatanie. Z pewnością wiele ludzi było zaskoczonych tym utworem, ale to jest muzyka, na której się wychowaliśmy. Gdyby moi rodzice urządzali imprezę w sobotni wieczór na pewno puściliby BONEY M., a ja tańczyłbym gdzieś w kącie… pozostali pewnie też. To jest po prostu piosenka, która jest z nami od zawsze i do której lubimy tańczyć. Nie znaczy to, że podobają nam się wszystkie utwory BONEY M., ponieważ niektóre… nie są aż tak dobre. Ponadto, ta piosenka była prezentem urodzinowym dla córki STEVE’A, ponieważ on zawsze był takim „Fajnym Tatuśkiem”(‚Daddy Cool’). Kiedy ją nagraliśmy okazało się, że wypadła całkiem nieźle. Ponadto jest to pierwszy utwór, na którym STEVE śpiewa w duecie z BRIANEM.

WP. Gracie ten utwór na koncertach?
Nie, nie wykonujemy ‚Daddy Cool’ na żywo.

WP. A inne covery?
Gramy ‚Where Is My Mind’ z repertuaru THE PIXIES i najprawdopodobniej usłyszycie ten utwór dziś wieczorem. Ciekawostką jest to, że na kilku koncertach, które odbędą się w październiku, w wykonywaniu tej piosenki wspomoże nas FRANK BLACK. To dla nas wielki zaszczyt, ponieważ PIXIES mieli ogromny wpływ na PLACEBO. Zresztą w ogóle na muzykę. Gdyby nie PIXIES, nie byłoby NIRVANY.

WP 22 września ukazuje się wasza płyta z coverami, która będzie jednak dołączona do ‚Sleeping With Ghosts’. Dlaczego nie wydacie jej osobno tak, żeby można było kupić, albo album z przeróbkami, albo ‚Sleeping…’?

Zawsze chcieliśmy wydać płytę z coverami, a jest ona dołączona do ‚SWG’, ponieważ koniec końców do głosu dochodzą kwestie marketingowe. Wiele zespołów przy kolejnych edycjach płyty dodaje dwa, czy trzy nowe utwory, my natomiast dorzucamy cały album. Staraliśmy się, aby było to warte pieniędzy, jakie przyjdzie za to zapłacić naszym sympatykom. Pomyśleliśmy ponadto, że to właściwy moment, ponieważ mamy już około 12-13 coverów. W przyszłości ta płyta stanie się prawdopodobnie częścią całego boksu. Najlepiej spojrzeć na to w ten sposób – nie zmieni się cena ‚Sleeping With Ghosts’, a jeśli ktoś już ma ten album i kupi poszerzoną edycję, niech podaruje komuś jedną płytę w prezencie urodzinowym.

WP. Na początku kariery określani byliście jako „antidotum na Britpop”. Istnieje jakieś antidotum na PLACEBO? Jeśli tak, to co nim jest?
SHAGGY (śmiech). Rzeczywiście tak nas określano, ale my nigdy nie byliśmy reakcją na jakikolwiek trend w muzyce. Wydaje mi się, że zawsze istnieliśmy poza wszelkimi modami. A antidotum na PLACEBO? Lek, który działa (śmiech).

WP. Pamiętasz waszą poprzednią wizytę w Polsce?
Ooo tak! Muszę przyznać, że trochę się bałem w czasie koncertu, ponieważ organizator sprzedał za dużo biletów i sala była dosłownie wypchana po brzegi. Ludzie byli bardzo ściśnięci i myślałem, że jeśli coś się wydarzy, to będzie to prawdziwa katastrofa. Trzeba być ostrożnym. Weźmy występ GREAT WHITE w Boston sprzed kilku miesięcy (w trakcie pokazów pirotechnicznych wybuchł pożar, który szybko ogarnął cały lokal, w wyniku obrażeń i zatrucia dymem zmarło sto osób, w tym muzyk zespołu, gitarzysta TY LONGLEY ? przyp.aka). Szczyt głupoty. Co za pomysł, żeby urządzać pokazy pirotechniczne w niewielkim klubie? Czy ich kutasy są takie małe? Ale wracając do Polski. To był świetny koncert, fantastyczna publiczność, a dla nas bardzo energetyczna i elektryzująca noc. Mam nadzieję, że dzisiaj będzie podobnie.

źródło: wp.pl


Dodaj komentarz