2013 – HANGER (STEFAN OLSDAL)

IKONY: Loud Like Love Placebo

Placebo, założone w latach 90tych, kiedy królował brit pop, wyróżniało się od reszty nie tylko muzycznie, ale i przez to, jak wyglądali. Niezwykły głos Briana Molko połączony z melancholijnymi tekstami i szybkimi bitami to była recepta na połączenie cierpiących nastolatków i fanów dobrej muzyki by razem cieszyć się muzyką, którą robił zespół. Teraz Placebo wydaje swój 7. album „Loud Like Love”, album zupełnie inny niż poprzednie a HANGER złapało basistę i gitarzystę Stafana Olsdala w Singapurze. W intymnym otoczeniu swojego pokoju hotelowego, Olsdal bez oporów opowiadał o nowym albumie, ciemnej stronie Brian’a i nawet o tym, jak w niezdarnych nastoletnich latach objawił się jego talent i sztuka. Czytajcie dalej…

Powiedz co czujesz na temat „Loud Like Love”?

Moje wewnętrzne przeczucie mówi mi, że to jest album, który Placebo powinno nagrać. Przez całą naszą karierę, w końcu mam poczucie, że to jest album, który zawsze chciałem żebyśmy zrobili. Bardzo jestem z niego zadowolony. Myślę, że jest najbardziej zróżnicowany i emocjonalnie najbardziej poruszający. Miejscami jest ciężki a miejscami bardzo delikatny i uwrażliwiony. Ma cały wachlarz emocji i moim zdaniem zachowuje to Placebowe brzmienie. Jeśli zestawisz go z innymi płytami, słychać podobieństwa – głos Brian’a czy ta bardziej gitarowa strona. Generalnie, to płyta Placebo, ale ma ten dodatkowy smaczek.

Placebo zawsze było ogromnie ważne dla nastolatków dorastających w latach 90tych, szczególnie tych bardziej kierujących się emocjami, bo wasze teksty – umyślnie lub nie – przemawiały do nich najbardziej, a dla kogo jest „Loud Like Love”?

Jest bardzo ciężko nagrywać muzykę dla czyjejś przyjemności albo żeby utrafić w ich nutę. Przede wszystkim, muzyka, która robimy musi nam się podobać i my musimy czuć, że to, co robimy to krok na przód. Więc w tym sensie, robimy muzykę dla własnej przyjemności. Jeśli spojrzeć na to z zewnątrz, nie wydaje mi się, żebyśmy kiedykolwiek byli częścią jakiejś grupy czy trendu. Jako nastolatki nigdy nie czuliśmy się częścią żadnej kliki, nie byliśmy ani z ‚fajnymi dzieciakami’ ani ze szkolnym GTW. Masę czasu spędzaliśmy w naszych sypialniach ucząc się gry na naszych instrumentach.
Kiedy zaczynaliśmy w latach 90tych, dział się właśnie cały Brit Pop, na pewno się w to nie wpasowaliśmy. W pewnym sensie fakt, że nie byliśmy częścią żadnego prądu, na dłuższą metę nam pomogło – były momenty, kiedy byliśmy mniej lub bardziej modni. Ale przez cały ten czas, staraliśmy się ciągnąć naszą własną wizję i dźwięk i w sumie nasze marzenia, moim zdaniem, między innymi dlatego nadal tu jesteśmy.

Czy powiedziałbyś, że macie tendencję do utożsamiania się z outsiderami czy po prostu tymi, którzy nie należą do żadnej grupy ani gatunku?

Powiedzmy. Znaczy się, mogę ci tylko powiedzieć o zespołach, które mnie inspirują jak Depeche Mode, którzy mają ogromny wpływ, oni sobie wyrobili własne brzmienie i tożsamość. Sonic Youth, to jak oni grają na gitarach jest też unikalne.. dwóch innych artystów – Aphex Twin i Queens Of The Stone Age. Zespoły, które podziwiam stworzyły swoje własne wszechświaty.

Jaki byłeś dorastając?

Byłem bardzo niezdarnym nastolatkiem…

I na pewno bardzo wysokim…

Tak, bardzo wysokim, seksualnie zagubionym i nie wiedziałem, kim jestem. Spędzałem bardzo dużo czasu w swoim pokoju skulony, nieszczęśliwy i pogrążony w melancholii i nie gadałem z nikim tygodniami. Wpadałem w takie nastroje i moje życie towarzyskie było mocno ograniczone, bo byłem bardzo nieśmiały i wycofany. Muzyka mi na prawdę pomagała, bo to był dla mnie sposób na uwolnienie dużej frustracji, złości i dezorientacji i w pewnym sensie odkryłem, że to coś, co daje mi siłę. Coś do czego mam talent, ściślej rzecz ujmując. To było coś, co inni ludzie doceniali i lubili a to mnie motywowało. Ale z pewnością, dopiero teraz, kiedy zbliżam się do czterdziestki, zaczynam się czuć bardziej komfortowo z samym sobą, w mojej własnej skórze, w kręgach znajomych i przy innych ludziach. Zabrało mi potwornie dużo czasu, żeby przezwyciężyć niepewność i słabe poczucie własnej wartości.


Poznałem dużo ludzi, którzy tatuują sobie wasze teksty, niektórzy grają w zespołach, czy ty masz jakiś tatuaż?

Nie, ale powinieneś pogadać z naszym perkusistą. On ma tatuaży za nas wszystkich.


Z która piosenką z nowego albumu czujesz najgłębszą więź?

Myślę, że Brian pisze bardzo mocne, bardzo uwrażliwione i surowe teksty. Pozwala, by słuchacze sami dorobili sobie do nich historie i przeżyli je po swojemu. nie inaczej jest na tym albumie. Myślę, że jest coraz lepszy w pisaniu o tych dużych tematach, robi to coraz prościej. Wzięcie na warsztat ‚miłości’ jako motywu na ten album było bardzo odważne, bo miłość została zajechana na śmierć w muzyce popularnej i ryzyko popadnięcia w banał jest ogromne; ale on do tego podszedł ze wszystkich stron – od pozytywnych aspektów miłości, które cię unoszą aż po to, jak obsesyjna, jak destrukcyjna może się stać, nawet to, jak może się obrócić w zło i wpędzać w uzależnienia. Dla mnie, specjalne miejsce w moim sercu zajmuje „Bosco”.

Pamiętam kiedy pisaliśmy te piosenkę, to było na początku pracy nad płytą. Napisałem muzykę a Brian na to „to jest przepiękne, muszę napisać coś, co temu dorówna.” Kiedy przyszedł tamtego dnia powiedział „Stef, napisałem tekst, daj znać, co myślisz.” I zaśpiewał, a ja poczułem, że miażdży mi serce, w ten dobry sposób. „Bosco” jest melancholijne i piękne zarazem. Myślę, że to jest ta cienka granica między byciem w jakimś mrocznym miejscu, czy też pojmowaniu tej mrocznej strony naszych emocji a robieniem tego w poetycki sposób. Jest też o akceptacji tego, że to jest taki rodzaj uczuć, których wszyscy doświadczamy i zamiast je tłumić za pomocą różnych substancji albo wypierać, po prostu trzeba sobie pozwolić przejść przez ten proces. Myślę, że teksty też działają tak dla Brian’a. Dla niego to sposób, by się otworzyć.


Czy ty też piszesz? Czy wyrażasz się poprzez słowa?

Na „Battle For The Sun” było kilka piosenek. Nagraliśmy więcej, niż ostatecznie trafiło na album. Teraz po raz pierwszy mieliśmy tytuł tak wcześnie. Zwykle w Placebo wygląda to ‚tłoczymy album jutro, potrzebujemy tytułu natychmiast!’ a my – ‚cholera, co teraz?!’ A potem panika! Ale dla tej płyty tytuł pojawił się bardzo wcześnie, dzięki czemu ten motyw mógł się rozwijać i mogliśmy go oglądać z różnych perspektyw przez cały proces nagrywania, było to dla nas czymś zupełnie innym. To też pomogło przy artworku i całej koncepcji stojącej za albumem.

Interesujące, że tytuł płyty przychodzi w Placebo ostatni, biorąc pod uwagę, jak elokwentni jesteście…

To jest straszne uczucie. Takie ‚cholera, co robić?!’ Ciekawą rzeczą w tym albumie jest też to, że kolejność piosenek pokrywa sie z kolejnością nagrywania i miksowania. Pierwsza połowa była produkowana w 2012, a druga napisana, zmiksowana i nagrana w tym roku, wcale tego nie planowaliśmy. Tak się po prostu złożyło, ale to pokazuje, jaką przeszliśmy drogę i jak my tego albumu słuchaliśmy – myślę, że słuchaczy zabiera to w taką samą podróż.

To jaką historię opowiedzaiłbyś poprzez ten album?

No to zależy od piosenki, tak jak opowiadałem ci o „Bosco”. To jest ta, która najbardziej do mnie przemówiła i najmocniej mnie uderzyła. Tak samo tytułowe „Loud Like Love”, napisana w tym samym czasie, co „Bosco”, one stały się takimi ramami dla tej płyty. „Loud Like Love” mówi o początkach miłości. To bardzo interesująca koncepcja, bo to uczucie jest ciężkie do opisania, ale jest bardzo prawdziwe i inne dla każdego. Z niektórymi piosenkami się utożsamiam z powodu moich własnych związków i problemów, ale są i takie, że mówię ‚Chryste! Brian, przeżyłeś coś takiego?! To zajebiście mroczne położenie!’ a on mi na to ‚jasne, a ty nie?’ Nie, nie takie mroczne..


Która piosenka daje ci największego kopa na koncertach?

Ten album jeszcze w sumie nie wyszedł. W kwestii koncertu, będziemy grali dwie piosenki – „Too Many Friends” i „Loud Like Love”. Ta ostatnia będzie świetana na żywo, już się sprawdziła. Jest bardzo motywująca i dynamiczna.


Powiedz mi więcej o okładce. Jest kompletnie inna od poprzednich, bardziej ponurych.

Tak, jest bardzo psychodeliczna i kolorowa, wygląda, jakby ktoś ją przepuścił przez stare video na VHS’y. Jeśli postawisz ją obok okładki do „Battle For The Sun”, to wygląda, jakby ona eksplodowała. Strasznie mi się to podoba. W sensie, „Battle For The Sun” to był początek nowego składu, to było jak słońce wynurzające się po zaćmieniu zza księżyca a teraz świeci już całe z pełną mocą.

Czy to było zamierzone czy właśnie to wymyśliłeś?

No, nie, widzisz.. Brian zawsze myśli niekonwencjonalnie i miał te wizję w swojej głowie. Współpracowaliśmy z Intro – firmą designerską z Londynu, podchwycili pomysł i go zrealizowali. Kiedy zobaczyliśmy co zrobili, byliśmy od razu kupieni.

Placebo zawsze było postrzegane jako androginiczne w kwestiach mody. Co o tym sądzisz?

Ta, to zabawne. Kiedy pierwszy raz byliśmy w Singapurze, powiedziano nam, żebyśmy się przyzwoicie ubrali, choć nie było to jakieś restrykcyjne. Śmieszne, bo wszyscy oczekiwali, że Brian wyskoczy w sukience, a ja pojawiłem się w takim dziwnym, androginicznym wdzianku księdza od Alexandra McQueena.

Jesteśmy w takiej branży, że możemy nosić co nam się podoba i jest jakaś wolność odzieżowa. Na początku byliśmy zajarani, że damskie działy oferowały o wiele więcej niż męskie, ale dla mnie to kwestia wygody, każdy strój musi być funkcjonalny. Więc to głównie high streetowe rzeczy, od projektantów może jakieś marynarki, dziwne koszule, szaliki czy coś. To takie mieszanie i dopasowywanie. Kwestia znalezienia własnego stylu a dla mnie to się zwykle kończy bardziej na high streetcie niż na high fashion.

Tłumaczenie: elle

źródło


Dodaj komentarz